Maroko 2007 I

Maroko - fabryka skamieniałości

W marcu 2007 roku, trochę na wariackich papierach, wyruszyliśmy przez Europę w kierunku Gibraltaru. Wyjechaliśmy we dwójkę VW T4, a powróciliśmy do Polski… w składzie trzyosobowym, ale nie uprzedzajmy faktów…

Moulay Bousellham

Zwykle pokonanie trasy z Ostrowca Świętokrzyskiego do hiszpańskiego portu w Algeciras zajmuje nam 2 doby. Śpimy na zmianę i co jakiś czas zmieniamy się przy kierownicy. 3400km jak by nie patrzeć, jest to kawałek drogi, pewnie gdyby nie ta odległość to jeździlibyśmy tam częściej. Wjazd samochodem na prom, przepłynięcie przez cieśninę gibraltarską w 40 minut i już jesteśmy w Afryce. Kontrola celna i paszportowa, oczekiwanie na celników, którym się nigdy nie spieszy, wypełnianie druczków i deklaracji i po godzince albo dwóch możemy wjechać do Maroka. Trasę mamy już na tyle dopracowaną, że tego samego dnia jedziemy jeszcze ok. 200km w kierunku Moulay Bouselham – małej rybackiej wioski nad oceanem.
Zwykle rozbijaliśmy namiot na campingu, ale gdy byliśmy tam pół roku wcześniej, kiedy przyjechaliśmy na miejsce padał deszcz i zdecydowaliśmy się na hotel i tak już zostało… Zawsze znajdzie się dla nas mały pokoik z balkonem, z którego rozciąga się widok na sporą lagunę. Dwa łóżka, dwie lampki, łazienka i szczęśliwe karaluchy…
W Moulay nie dzieje się nic ciekawego dla zwykłego zjadacza chleba. To co może zaproponować ta wioska to spacer po plaży, obłędnie śmierdzący targ rybny i wyprawy łodzią na lagunę w poszukiwaniu flamingów (które zatrzymują się tam przelotem po zimie). Jako, że miejsce nie jest oblegane przez turystów można całkiem smacznie i niedrogo zjeść w którejś z kilku małych restauracji. Widelce z pokrzywionymi zębami, pomiędzy którymi tkwią resztki żółtka lub ziemniaków, szary papier pakowy pocięty na arkusze jako serwetki, małe robaczki pływające w herbacie to rzeczy, z którymi turysta powinien sobie poradzić. Kiedy już to zrobi może się rozkoszować smakiem smażonych ryb, grilowanych warzyw i owoców morza (o ile oczywiście je lubi).
To co nas zdumiało to fakt, iż po przyjęciu zamówienia na np. omlet z serem, kelner bierze siatkę i pędzi do sklepu po jajka. Podobnie z rybami – zamawiasz, gość wybiega z restauracji i po chwili wraca z reklamówką, z której wystają rybie ogony. Te obserwacje powstrzymały nas przed zamówieniem czegoś z baraniny…

Oued Zem i Khouribgha

Z Moulay Bouselham wyruszamy w kierunku miejscowości Oued Zem i Khouribgha. W ich rejonie znajdują się olbrzymie pola górnicze gdzie wydobywa się fosforyty ze skał liczących sobie ok. 65 milionów lat. W miejscowych kopalniach masowo występują skamieniałości rekinów – ich zęby i kręgi, szczątki żółwi, wielkich gadów morskich mozazaurów i krokodyli. Wielu pracowników kopalń pozyskuje skamieniałości i sprzedawane są one w Maroku jako swojego rodzaju pamiątka. W tym roku po raz pierwszy udaje nam się w jednym ze „sklepów” wypatrzeyć fragment szkieletu krokodyla kredowego – okaz po jaki warto było jechać te tysiące kilometrów. Po długich targach i negocjacjach udaje się go kupić. Zadowoleni wyruszamy dalej w kierunku Beni Melal, po drodze oglądając wietrzenie kuliste granitów…

Sidi Rahhal

Kolejny etap podróży prowadzi w kierunku Marakeszu. Na wschód od miasta ciągnie się pasmo wzgórz zbudowanych z wulkanicznych skał – bazaltów. Udajemy się w rejon wioski Sidi Rahhal, gdzie miejscowi mężczyźni kują w skałach spore sztolnie wydobywając z nich różnobarwne geody kwarcowe.

Kupowanie w Maroku czegokolwiek to cały rytuał. Nim zacznie się wybierać kamienie najpierw idzie się do kopalń, żeby zobaczyć w jakich warunkach są one wydobywane, jak ciężka i czasochłonna jest to praca. Potem wraca się do domu miejscowego handlarza, gdzie przekłada się dziesiątki pudeł odkładając na bok okazy, które są dla nas interesujące. Potem jest przerwa na herbatę/kawę i obiad i dopiero można przystąpić do targów. Pierwsza cena jest tak wysoka, że często aż absurdalna, ale z czasem udaje się ją zbić np. o połowę. Zajmuje to jednak trochę czasu i zwykle trzeba zostać na noc (lub przynajmniej na kolację).

W kierunku Alnif

Z Sidi Rahhal jedziemy wąskimi drogami przez przełęcz Tizin Tischka i góry Atlasu w kierunku miejscowości Amerzgan. Kręcimy się tam trochę po okolicznych wzgórzach i dolinkach rzecznych zbierając agaty – kamienie, które po przecięciu niejednokrotnie ukazują bądź piękny kolor bądź ciekawy rysunek.

Kolejny przystanek to mała miejscowość Alnif. Zatrzymujemy się w niej na kilka dni bo w okolicy jest co oglądać, mamy w niej znajomych i dają w małej restauracji dobrze zjeść. Wieczorem dojeżdża drugi samochód z naszymi znajomymi z Polski, więc jest okazja, żeby razem poimprezować.

Zbieranie skamieniałości

Rano jedziemy w kierunku okolicznych wzgórz. Na Jebel Tiskouine odsłaniają się skały wieku ordowickiego, w których licznie występują skamieniałości trylobitów – wymarłych morskich stawonogów. Dzielimy się na małe grupki i każda na własną rękę rozpoczyna poszukiwania. Po krótkim czasie okazało się, że skamieniałych pancerzy trylobitów jest bardzo dużo, jednak przy wydobyciu ze skały kruszą się one na małe kawałki. Nauczka, żeby następnym razem mieć ze sobą klej. Niezrażeni tym niepowodzeniem, razem z Jarkiem znieśliśmy ze wzgórza spory blok skalny z odciskami skorupek ramienionogów.

Tassmant

Jako, że dzień się wcześnie zaczął i był dosyć długi postanowiliśmy przejechać kilkanaście kilometrów w kierunku małej wioseczki Tassmant. Leży ona pośród zielonkawych wzgórz zbudowanych z rozpadających się na małe płytki mułowców – skał powstałych na dnie zbiornika morskiego sprzed prawie pół miliarda lat. Miejscowa ludność może się tam zajmować hodowlą kóz, uprawą zboża i migdałowców bądź wydobywaniem kambryjskich skamieniałości i to ostatnie interesowało nas najbardziej. Jako, że nie trafiliśmy tam po raz pierwszy ugoszczono nas porządnie. Było tagine (ziemniaki, marchew, baranina), oliwa z oliwek, marmolada z fig, domowe pieczywo i pomarańcze. Dopiero po posiłku i paru szklaneczkach marokańskiej herbaty pozwolono nam obejrzeć skamieniałości. Dom opuszczaliśmy ubożsi o kilkaset dirhamów ale bogatsi o małą paczuszkę trylobitów. Potem był kolejny dom i znowu herbata, chleb, oliwa, dżem i trylobity… Wracaliśmy do bazy w doskonałych nastrojach. Wieczorem zapadła decyzja, że druga grupa wyrusza dalej a z nami zostaje Marian – i tak to wróciliśmy w trzech do Polski.

Wąwóz Todra

Kolejnego dnia postanawiamy przetestować powstającą drogę z Alnif na północ przez góry w kierunku miejscowości Tinrir. Niedaleko tej ostatniej znajduje się jedna z bardziej znanych atrakcji turystycznych Maroka – wąwóz Todra – gdzie droga wcina się pomiędzy kilkusetmetrowe ściany skalne.

Mimo, że nie położono jeszcze asfaltu podróżujemy całkiem wygodnie, momentami udaje się nawet wrzucić trzeci bieg w naszym samochodzie. Prawie 50cio kilometrowy odcinek drogi wije się malowniczo przez góry. W drodze powrotnej udaje nam się jednak pomylić drogę i wjeżdżamy w rzeczne piaski zakopując auto. Gdyby nie pomoc robotników budujących drogę tkwilibyśmy pewnie tam do nocy rozgrzebując piach. Wielka ciężarówka wzięła nas na hol i bez większego wysiłku „zaorała” nami rzeczne piaski. Rewanżujemy się za pomoc czystymi koszulkami i wieczorem jesteśmy znów w Alnif. Nasz gospodarz zabiera nas jeszcze na spacer po medinie – najstarszej części miasteczka, a potem robimy rundę po miejscowych rzemieślnikach przyglądając się ich pracy. Takich przeżyć nie zagwarantuje nam żadna z wycieczek organizowanych przez biuro podróży i tylko o dzięki takim wyjazdom można poznać kraj i ludzi w nim mieszkających.

El Bega

Opuszczamy Alnif i kierujemy się ku granicy z Algierią. Dojeżdżamy do El Begi – małej osady położonej pomiędzy wzgórzami zbudowanymi z piaskowców. W skałach tych wykopane są liczne szyby i sztolnie. To miejscowi „kopacze” poszukują kości i zębów dinozaurów okresu kredowego. Nasze poszukiwania nie przynoszą żadnych rezultatów, wracamy więc do wioski, gdzie już przy naszym samochodzie zgromadziła się spora grupka tubylców chcących nam sprzedać swoje znaleziska. Obok licznych zębów krokodyli, trafiają się także małe ząbki latających gadów – pterozaurów, szczątki ryb, fragmenty kości dinozaurów i ich zęby. Smutne w tym miejscu jest to, że podczas rabunkowej eksploatacji miejscowi niszczą bardzo dużo okazów mających dużą wartość dla paleontologów. Prymitywne sposoby wydobycia okazów nie pozwalają na odkrycie np. całego szkieletu, a tylko na wyrwanie z ziemi kawałków kości czy zębów.

Okolice Erfoud

Niedaleko miejscowości Erfoud znajduje się miejsce nazwane przez geologów formacją Kess Kess. Na obszarze kilku kilometrów kwadratowych tkwią twory przypominające wielkie stożki – to dewońskie kopce mułowe – odpowiedniki dzisiejszych raf koralowych. Próbowaliśmy do nich dojechać, ale po wcześniejszej piaskowej burzy i pomni zakopania pod Alnif nie decydujemy się na wjechanie pomiędzy piaski. Ruszamy więc w pełnym słońcu przez kamienistą pustynię w kierunku „naszych kopców”. Wracaliśmy jednak w wyśmienitych humorach niosąc w skrzynce miedzy sobą dziesiątki skamieniałych koralowców a w plecakach liczne małże, ramienionogi, goniatyty i trylobity.

Żeby zakończyć dzień mocnym akcentem decydujemy się jeszcze skorzystać z publicznej łaźni, co dla moich towarzyszy podróży stanowi kolejną regionalną atrakcję. Na noc jedziemy do mojego wieloletniego przyjaciela, którego poznałem podczas pierwszego pobytu w Maroku – Mohameda Mediki.

W Erfoud spędzamy jeszcze jeden dzień włócząc się po licznych sklepach i preparatorniach skamieniałości. Stamtąd wyruszamy na północ w kierunku Fezu i nasza wyprawa pomału ma się ku końcowi…

 

  • Zaplanuj wizytę w JuraParku
  • Przejdź na stronę
    Jurapark Krasiejów
    Wchodzę
  • Przejdź na stronę
    Jurapark Solec
    Wchodzę
  • Przejdź na stronę
    Jurapark Bałtów
    Wchodzę